Kosmetyczne hity 2013 roku

Początek nowego roku to czas robienia planów i postanowień, ale również czas na zrobienie podsumowania roku, który się skończył. 

http://www.flickr.com/photos/51454169@N05/5513773029

Myśląc nad kosmetykami, których w tym roku używałam, które odkryłam i testowałam, znalazłam kilka perełek. Opisywałam je już szczegółowo na blogu, jednak postanowiłam zebrać je we wspólnym wpisie o hitach 2013 roku, ponieważ je uwielbiam i nie wyobrażam sobie już życia bez nich. Są w 200% godne polecenia i uważam, że każdy powinien ich choć raz w życiu spróbować;)



Ponieważ uwielbiam malować paznokcie hitem numer jeden musi być oczywiście lakier do paznokci. Często zmieniam kolory, jednak moim ulubieńcem w tym roku był lakier essie w kolorze fifth avenue. Najlepiej świadczy o tym buteleczka w połowie pusta, co rzadko się u mnie zdarza. Jest to kolor na każdą okazję. Kojarzy mi się z latem, więc przywołuje miłe wspomnienia. Jedna warstwa daje pełne krycie, więc sprawdza się nawet gdy mamy mało czasu na pomalowanie paznokci. Oczywiście jego nieodłącznym towarzyszem jest essie good to go, utwardzacz przyspieszający wysychanie bez którego dziś nie wyobrażam sobie życia. Odkąd go mam mogę malować paznokcie w nocy tak jak lubię, a rano nie mam na nich odbitej pościeli. 


Kolejnym hitem tego roku jest może nie tyle kosmetyk co akcesorium, a dokładnie pędzel do cieni, kultowy MAC 217. Jest to mój pierwszy i jedyny pędzel z tej firmy. Kupiłam go w lutym podczas moich pierwszych zakupów w MACu, ale ponieważ po sieci krążą wręcz legendy, że sam maluje wiedziałam, że musi być mój. Mam małą i w dodatku opadającą powiekę, zawsze myślałam, że malowanie cieniami nie jest dla mnie. Takie przekonanie powodowało, że nie malowałam się cieniami i generalnie nie umiem tego robić. Jednak ten pędzel oraz rada digitalgirl13 chyba z przed 2 lat, aby przytknąć pędzel pod kątem prostym do powieki powyżej zewnętrznego kącika, trzymać za koniec trzonka i robić małe kółeczka, odmieniły moje życie. Nagle okazało się, że jestem w stanie namalować na moim oku coś więcej niż tylko kreskę na dolnej powiece. Ten pędzel jest warty swojej ceny.


Nie wyobrażam sobie życia również bez mojej paletki magnetycznej z inglota. Dzięki niej moja podróżna kosmetyczka stała się dużo lżejsza, ponieważ w jednym pudełeczku mam ulubione cienie, róż, bronzer, a czasem nawet błyszczyk. Nie muszę już pakować 15 różnych opakowań. Posiada duże lusterko, które umożliwia wykonanie pełnego makijażu. Do tego jest bardzo lekka, co jest szczególnie ważne podczas podróży samolotem. Chętnie korzystam z niej również w domu, ponieważ gdy mam mało czasu szybciej wykonuje się makijaż gdy wszystkie potrzebne kosmetyki są w jednym miejscu. Polecam każdemu, zwłaszcza, że kosztuje tylko 15zł.


Mam bardzo wrażliwe oczy, nie cierpię gdy tusz w ciągu dnia zaczyna się kruszyć i osypywać. Oczy zaczynają mnie wtedy piec i robię się bardzo nerwowa. Ponadto bardzo lubię efekt sztucznych rzęs i super czarny kolor. Moje oczekiwania spełniła w 100% maskara marki benefit They're real!, którą nabyłam zupełnym przypadkiem, ponieważ była dołączona do zestawu The Bronze of Champions w którym był bronzer hoola, na którym mi zależało. Bronzer mnie nie powalił, ale w maskarze się zakochałam. Zużyłam dwie miniaturki, a teraz czaję się na pełnowymiarowe opakowanie.




W tym samym zestawie z benefitu, który kupiłam z powodu hooli był również mój kolejny hit 2013 czyli rozświetlacz w sztyfcie Watt's up! Jest bardzo wydajny, używam go od pół roku do każdego makijażu, a zużycia prawie nie widać, więc ta miniaturka starczy mi na lata. Do aplikacji nie potrzebny jest pędzel i trwa ona bardzo szybko, produkt nakładamy z opakowania i rozcieramy palcem. Można go nakładać zarówno na podkład jak i na puder. Utrzymuje się na twarzy od nałożenia, aż do zmycia makijażu. Wcześniej eksperymentowałam z produktami w kamieniu, ale albo po nałożeniu nie było ich widać zupełnie, albo osypywały się po całej twarzy i wyglądałam jak kula dyskotekowa. Ponadto generalnie nie byłam przekonana do rozświetlaczy, bo uważałam, że mojej mieszanej cerze dodatkowa dawka błysku jest niepotrzebna.


Gdy już ten makijaż zrobimy przychodzi taki czas, że trzeba go zmyć. Przez cały 2013 rok (i ostatnie miesiące 2012) używałam dwóch cudownych, delikatnych i bardzo dokładnie oczyszczających kosmetyków marki bourjois.  Gentle eye makeup remover, czyli płyn do demakijażu oczu, który nie podrażnia moich wrażliwych oczu oraz Fresh Cleansing Gel do demakijażu całej twarzy z użyciem wody. Nie zamienię ich na nic innego. Oba produkty są w przystępnej cenie, często bywają też w promocji, są bardzo wydajne, a gdy się kończą biegnę po nowe. Żelu do twarzy w tym roku zużyłam chyba trzy tubki, a płynu do zmywania oczu może 4 butelki.



Hitem na specjalne okazje są rzęsy Ardell Demi Wispies oraz klej DUO. Są one bardzo łatwe w aplikacji, komfortowe w noszeniu. Dobrze wyglądają na oczach, w miarę "naturalnie" o ile sztuczne rzęsy mogą tak wyglądać. Umieszczone są na cienkim pasku, więc nie jest potrzebne rysowanie kreski eyelinerem, aby ukryć miejsce klejenia. Nie są drogie i są wielorazowego użytku i nic się z nimi nie dzieje, nie zmieniają kształtu i nie gubią włosków. Ich wadą jest tylko konieczność kupowania przez internet, ponieważ są niedostępne w sklepach. Klej DUO dostępny w inglocie bardzo dobrze trzyma rzęsy, szybko wysycha, a po wyschnięciu staje się przeźroczysty, dzięki czemu nie widać gdzie było go za dużo. Nie podrażnia oczu i nie wywołuje u mnie żadnych zmian na skórze. Po użyciu łatwo się ściąga z rzęs umożliwiając ich ponowne użycie. Jest w plastikowej tubce, może to głupia zaleta, ale mój pierwszy klej do rzęs był w szklanej fiolce i nie przeżył spotkania z kafelkami, przez co użyłam go tylko raz.

imprezowy makijaż z użyciem sztucznych rzęs Ardell Demi Wispies
 To już koniec moich kosmetycznych hitów 2013, starałam się wybrać tylko najlepsze z najlepszych. A jakie były Wasze ulubione kosmetyki? Chętnie poczytam i może dzięki Wam odkryję moje hity na nowy rok.