miętowo niebieski letni manicure, czyli inglot 969/696 oraz 955 w akcji


Otworzyłam niedawno moją szufladę z lakierami i zaczęłam rozmyślania, czym by tu pomalować paznokci, żeby znów nie były czerwone. Natknęłam się podczas tych rozmyślań na dwa lakiery, które są ze mną już dość długo, 2 lub 3 lata.



Pierwszy z nich to miętowy inglot 696 lub 969 (dlaczego producent nie zrobił kropeczki przy numerku? pół internetu nie wie jaki to właściwie numer), kupiłam go jeszcze zanim miętowe paznokcie zrobiły się tak popularne. Muszę też stwierdzić, że im ta popularność większa tym ja rzadziej go używam. 

W butelce widoczne są srebrne drobinki, na szczęście na paznokciu dają tylko lekki blask, a nie wrażenie perły. Niestety lakier trudno się nakłada, ponieważ tworzy smugi, czasem nie daje pełnego krycia nawet po 2 warstwach.


Drugi lakier to inglot 955 o pięknym niebieskim kolorze. W butelce widoczne są fioletowo niebieskie drobinki, jednak tak samo jak w przypadku miętowego nie widać ich na paznokciach. Krycie tego koloru jest dobre, przy 2 warstwach i odrobinie skupienia można osiągnąć pełne krycie. 

Oba lakiery niestety nie są zbyt trwałe, nałożone na bazę i pokryte top coat'em essie good to go odpryskują już po jednym dniu. Wiadomo, że trwałość lakieru zależy też od tego co robimy, ja niestety nie leżę i nie pachnę, pracuję w rękawiczkach lateksowych, wiele razy w ciągu dnia myję ręce, a po pracy bawię się w gotowanie. Dlatego lakiery na moich paznokciach nie mają lekko.