zapomniany brudny róż, inglot 860


 Zastanawiałam się ostatnio czym by tu sobie pomalować paznokcie, bo chyba zaczynam być nudna z moją ukochaną piątą aleją z essie KLIK.


Po dłuższej chwili zadumy nad szufladką z lakierami wykopałam z jej czeluści ciemny róż z inglota o numerze 860. Zupełnie nie pamiętam kiedy go kupiłam, ale mogło to być jakieś 2 lata temu ponieważ ma już 0,5cm zużycia. Na szczęście jego konsystencja jest nadal dobra i zdatna do użytku wystarczyło tylko zamieszać.


Właśnie a propos mieszania lakierów, nie należy nimi trzepać góra dół, tylko w buteleczkę w pozycji pionowej (cały czas ma pozostać w pionie) wziąć między dłonie i "rolować". Dzięki temu nie powstaną pęcherzyki powietrza, które to odpowiadają za "bąble" powstające po pomalowaniu paznokcia. Bo tak naprawdę to czy bąble są czy nie zależy tylko od tego jak my obchodzimy się z lakierem, a nie od właściwości samego lakieru.

Jeśli jednak mamy wielką wewnętrzną potrzebę potrzepania lakierem, bo np.dolałyśmy rozpuszczalnika, bo jest baaardzo gęsty, bo ma drobinki brokatu itd. to po energicznym mieszaniu dobrze jest dać mu chwilę (czasem dłuższą-doba) odpocząć i odstać się, aby pęcherzyki powietrza "uleciały".


 Wracając do mojego inglota 860 ma cienki pędzelek, jak wszystkie lakiery tej firmy. Po dwóch warstwach dobrze kryje, warto nałożyć je dość cienkie, inaczej może długo schnąć. Z niewielkimi starciami na końcówkach spowodowanymi grą w kręgle wytrzymał na paznokciach 5 dni, więc uważam, że całkiem nieźle. Oczywiście na wierzchu pokryty był essie good to go, a pod spodem była odżywka z sally hansen.