Jak lot trzynastego to tylko na krzywy ryj



Na część pierwszą zapraszam TU

...był to jednak trzynasty i czarna seria osiągnęła apogeum. Samolot do Katowic okazał się nad wyraz punktualny i niestety 10min spóźnienie do gate'u, który był bardzo daleko zaskutkowało niewpuszczeniem nas na pokład. Kolejny samolot do Polski był za 1,5 i okazuje się, że to bardzo mało czasu aby kupić nowe bilety, ponownie przejść odprawę i znaleźć właściwy gate.


Ponadto sporym utrudnieniem okazał się wymóg płacenia za nowe bilety tylko gotówką, zwłaszcza, że znalezienie bankomatu i przekonanie go, aby dał pieniądze też nie było łatwe. Gdy karta do bankomatu przykleiła mi się do obudowy telefonu, z którego właśnie dzwoniłam i wydawało mi się, że bankomat mi jej nie oddał prawie zeszłam na zawał. Pieniędzy na bilet pożyczył  mi Pan, który tak jak my spóźnił się na samolot do Katowic, i tak jak my chciał zdążyć na samolot do Krakowa. 

Po zakupie biletów okazało się, że musimy iść jeszcze do stanowiska odprawy bagażowej, aby wydrukowano nam bilet z kodem kreskowym. Niestety kobieta siedząca tam uparła się, że nie wydrukuje biletu mojej mamie, bo nie przyszła tam osobiście tylko pilnowała naszych bagaży na strefie bezcłowej. Zanim ja przeszłam bramki bezpieczeństwa, a moja mama wyszła ze strefy bezcłowej okazało się, że stanowisko odprawiające lot do Krakowa już się zamknęło.

W ten oto sposób osiągnęliśmy paradoks, moja mama z moim biletem i dowodem osobistym poza strefą bezcłową, Pan, który również się spóźnił pilnujący naszych bagaży na bezcłówce i ja biegająca gdzieś pomiędzy tylko z telefonem w ręce, bez możliwości spotkania się z mamą, bo dzieliły nas bramki bezpieczeństwa.

Próbował nam pomóc Polak pracujący na bramkach bezpieczeństwa, jednak przy tym galimatiasie nawet on złapał się za głowę. Stanęło na tym, że moja mama zostaje w Londynie, a ja lecę do Krakowa, głównie chyba po to, aby oddać resztę pożyczonych pieniędzy naszemu towarzyszowi spóźnienia. Natomiast jedną pomocą jaką mógł zaoferować nam przystojny Polak z bramek bezpieczeństwa było zaniesienie mojej mamie walizki, a odebranie od niej i przyniesienie mi dowodu i biletu.

tablica odlotów na której wyświetlany jest jeszcze samolot do Katowic, który nam uciekł

Pobiegłam więc na strefę bezcłową do Pana pilnującego naszych bagaży, przybiegam, patrzę, nie ma ani człowieka, ani walizek...zawał nr 2, chwila zawahania i myśl, że może poszedł już do gate'u, bo oczywiście był już czas odlotu samolotu do Krakowa. Sprawdzam szybko, który to gate, sekunda zanim na tablicy zamiast numeru lotu pojawi się nr wyjścia trwała całą wieczność. Pojawia się 41, biegnę, jest gate, jest Pan machający rękami i są walizki.

Dzwonię do mamy, że przyniosę jej walizkę, ona pyta gdzie jestem, mówię, że przy gate 41. Nie zdążyłam jej chyba jednak powiedzieć, że podam ją przez celnika, bo nie możemy się już spotkać. Nagle patrzę, przybiega moja mama...zawał nr 3, przecież check in był zamknięty, przecież nie ma biletu z kodem umożliwiającego przejście bramek bezpieczeństwa, jak więc się tu znalazła?

Najlepiej oddaje to chyba tekst piosenki Elektrycznych Gitar

minąłem wszystkie bramki sam już nie wiem jak
wierzyłem że mnie kiedyś szczęście spotka
no powiedz jak dostałeś się do środka

na krzywy ryj na krzywy ryj na krzywy ryj

Mama nie wiedziała, że wymienimy się rzeczami przez celnika, więc była bardzo zdeterminowana, żeby oddać mi mój bilet, abym mogła lecieć. To właśnie przy jego pomocy przeszła przez bramki.

Stwierdzam, że skoro mama już tu doszła to może uda jej się wsiąść do samolotu, co prawda nie ma bileciku z kodem, ale mamy rachunek za trzy bilety, że zapłaciliśmy. Wtem dostrzegamy, że karty pokładowe sprawdza ten sam człowiek, który nie wpuścił nas na pierwszy samolot. Bez zastanowienia idę do niego, daję plik starych biletów, nowych, rachunków i czego tam jeszcze dusza zapragnie. Doszukał się jednak, że brakuje biletu mamy, ale po drobnych błaganiach chyba zrobiło mu się żal takich sierot, które na jeden samolot się spóźniają, a na drugi przychodzą tylko z 2 biletami zamiast 3, więc porozmawiał z kolegą, potem z koleżanką, wydrukował jakiś świstek i powiedział obsłudze samolotu, że będzie jedna osoba ekstra, po czym nas puścił.



W ten oto sposób bez większych turbulencji dotarłyśmy na polską ziemię po godzinie 23, a ja jak gdyby nigdy nic następnego dnia poszłam rano do pracy. Przez około tydzień miałam jednak zakwasy po przebiegnięciu tylko 11 razy lotniska Londyn Stansted.