Ach co to był za ślub... czyli post o tym gdzie byłam jak mnie nie było

Między 8, a 13 czerwca nie było mnie w kraju. W ciągu 6 dni pokonałam ok. 7224 km, a wszystko to za sprawą Martyny i Macieja, którzy w Hiszpanii, w Santiago de Compostela postanowili przed Bogiem przysięgać sobie dozgonną miłość.



Moja podróż rozpoczęła się od wyprawy na Krakowskie lotnisko Balice, skąd poleciałam do Mediolanu.Tu spędziłam upojną noc na lotnisku, razem z dwoma setkami innych podróżnych, czekając 9h na kolejny samolot, który miał zabrać mnie do Porto. 


        
piąta rano Mediolan
lotnisko w Porto
 Następnie po ok.6h oczekiwania zmieniłam środek transportu na autokar. Było przy tym trochę nerwów, ponieważ nikt dokładnie nie wiedział na którym przystanku lub parkingu ma on się zatrzymać, a że lotnisko duże to głupio trochę biegać dookoła. Pięć minut po czasie podjechał autokar widmo o numerze 903, ja czekałam na 902, na szczęście kobieca intuicja wzięła górę i po drobnej konsultacji z kierowcą okazało się, że kierowca ma mnie na liście i jedzie do Santiago, więc wsiadłam. Numer 902 znalazł się jakieś 200km dalej na dworcu w Vigo.

mijana po drodze miejscowość Tui

Ledwo żywa dotarłam do Santiago po ponad dobie w podróży. Miasto przywitało nas chłodem (ok 14 stopni). Prawie cały czas również padało. Jednak Młodej Parze jak i całej rodzinie zupełnie to nie przeszkadzało. Umilaliśmy sobie czas biesiadami przy Lasagni.


Katedra w Santiago
 Po Zaślubinach które odbyły się w tysiącletniej kaplicy w Katedrze św.Jakuba Apostoła, zaproszono nas na uroczysty obiad.

główny ołtarz Katedry

grób św. Jakuba

tysiącletnia kaplica

z obiadu uwieczniłam tylko deserek

Następnego dnia spod pięknego dworca w Santiago udaliśmy się wypożyczonymi samochodami do Muxii, która znajduje się nad samym oceanem.




kościółek w Muxii

Wieczorem zaliczyłam jeszcze drobny shopping w Santiago i szybko poszłam spać, bo o 5 rano musiałam wstać, aby zdążyć na samolot do Londynu. Najpierw okazało się, że niepotrzebnie szłam pół godziny z walizką na dworzec autobusowy, bo autobus jadący na lotnisko staje prawie pod naszym hotelem, ale to był dopiero początek powrotnego pecha. Na lotnisku okazało się, że z powodu strajku francuskiej kontroli lotów nasz samolot ma opóźnienie, które ostatecznie wyniosło prawie 4h.

lotnisko w Santiago, czekanie na samolot



Z powodu tego opóźnienia bardzo skurczył się mój czas na zwiedzanie Londynu. Na szczęście przemiła Pani Ola, koleżanka mojej mamy pokazała nam wszystko co najważniejsze od Greenwich, przez London Eye, Big Bena po Katedrę Westminsterską i Pałac Buckingham. Dodatkową atrakcją był rejs po Tamizie oraz napotkana przypadkiem defilada.














Ostatniego dnia wyprawy czekał nas już tylko powrót z Londynu do domu. Jednak był to trzynasty i wydarzyło się bardzo wiele, ale o tym w kolejnym poście.

CDN.