balsam do ciała Dove pro age, czyli najgorszy sposób na wydanie 15zł


Skóra na moim ciele jest stosunkowo sucha. Bardzo chlorowana wodociągowa woda oraz centralne ogrzewanie jeszcze bardziej ją wysusza. Dlatego też stosowanie balsamów, maseł czy innych form nawilżania jest koniecznością, w przeciwnym wypadku skóra zwłaszcza na nogach jest ściągnięta i swędzi. 


Ponieważ produktów nawilżających do ciała używam na co dzień, mam ich dość duży przerób. Niektóre balsamy wybieram długo, dokładnie czytając etykiety, inne kupuję przypadkiem, szybko porywając ze sklepowej półki. Nigdy więcej natomiast nie kupię już balsamu Dove pro age.

Miałam go od sierpnia 2012 roku, w sklepie bardzo spodobał mi się jego zapach, trudny do opisania ciężki i intensywny. Niestety już po ok.2 tygodniach stosowania miałam tak wielki przesyt tego zapachu, że byłam gotowa wyrzucić resztę balsamu. Po użyciu go wieczorem zapach pozostawał na piżamie przez kolejną dobę, a po pewnym czasie utrudniał mi zasypianie. Odstawiłam go i z wielkim trudem skończyłam w styczniu, używając na zmianę z innymi balsamami.


Konsystencję miał bardzo gęstą i trudno się wchłaniał, a w cieplejsze dni raczej spływał ze skóry. Ja wolę rzadsze konsystencje, które łatwiej rozprowadzić na skórze, i które szybciej się wchłaniają. Specjalnego uelastycznienia skóry nie zauważyłam, po prostu nawilżał skórę jak inne balsamy. Kosztował ok.15zł i uważam, że były to wyrzucone pieniądze, ten produkt firmie Dove się niestety nie udał.