Rzęsy do nieba tylko troszkę kleju potrzeba

Jakieś trzy tygodnie temu miałam straszny sen. Śniło mi się, że jakiś facet w garniturze dobrał się do paczki z moim zamówieniem z internetu i posklejał sztuczne rzęsy na które czekam, tworząc z nich pająki. Koszmar, nie sen. Na szczęście paczka przyszła w nienaruszonym stanie dwa dni później.



Ponieważ w sieci dużo dobrego mówi się na temat rzęs Ardell miałam wielką ochotę je przetestować na własnej skórze, a bal magisterski wydawał się do tego idealną okazją. 

Wybrałam sławne Demi Wispies oraz połówki 301, obie pary w kolorze czarnym, pierwsze kosztowały ok.24zł, drugie ok.18zł. Ich zaletą jest cienki przezroczysty pasek i naturalny wygląd (podobno wykonane są z ludzkich włosów, choć mam nadzieję, że nie jest to prawda ;) Sprzedawane są bez kleju, ale to nawet dobrze, ponieważ planowałam użyć kleju DUO, który kupiłam w inglocie rok temu za ok.20zł







Pozostała mi tylko trudna decyzja które wybrać. Po próbach, przymiarkach, konsultacjach i odświeżeniu wspomnień z sylwestra 2011/12, na którym pierwszy raz w życiu miałam sztuczne rzęsy jednak za długie i bardzo rzucające się w oczy, zdecydowałam się na połówki. Zależało mi na tym, żeby nikt nie zorientował się, że coś sobie dokleiłam, po prostu taka piękna to ja się urodziłam. Komentarzy żadnych nie było, więc cel uważam za osiągnięty.

Owszem rzęsy są minimalnie krzywo, ale proszę o wybaczenie bo to moje pierwsze samodzielne klejenie. Poza tym rok temu pani w Inglocie również przykleiła mi rzęsy krzywo, a robiła to tak "profesjonalnie", że nawet pęsety nie miała, nie docisnęła brzegów i musiałam je sama w domu podklejać.




O paznokciach pasujących do sukienki przeczytasz TU.

Do wykonania makijażu oczu użyłam bazy z ArtDeco, paletki cieni Inglot integra o numerze 39, kredki Avon SuperShock. Przed przyklejeniem rzęs użyłam zalotki (więcej o niej TU) i nałożyłam jedną warstwę tuszu Bourjois Queen Attitude (o którym post już niedługo), a po ich przyklejeniu drugą, aby sztuczne zlały się z moimi.




Najważniejsze, że nic nie odpadło, bo to jest zawsze największy stres, a ponieważ po 10min przestałam je zupełnie czuć to odklejenia też bym nie poczuła i było by śmiesznie. Na szczęście wróciły ze mną grzecznie do domu, zostały oczyszczone z kleju, umyte z tuszu i teraz grzecznie czekają w pudełeczku na kolejną okazję.