farbowany lis, czyli krem Lirene wygładzająco-rozpromieniający


Dziś chciałabym Was ostrzec przed pewnym produktem, który okazał się farbką do twarzy. Jeśli ktoś wybiera się na bal karnawałowy i szuka sposobu jak zmienić się w Indianina to polecam, w każdym innym wypadku odradzam.




Dokładnie chodzi mi o krem Lirene wygładzająco-rozpromieniający. Kupiłam ponieważ byłam zadowolona z podobnego tylko matującego, niestety po raz kolejny przekonałam się, że należało kupić drugi raz ten sam, a nie eksperymentować z innym.

Cena atrakcyjna bo ok.20zł o ile dobrze pamiętam, a czuję, że pamiętam słabo, bo moja przygoda z tym kremem miała miejsce półtora roku temu, albo lepiej. Dla młodej cery, na dzień i noc, z SPF15, zapach przyjemny delikatny, opakowanie plastikowe czyli słabo. Dalej jest już tylko gorzej.


Krem jest "rozpromieniający" a tak naprawdę zawiera po prostu tonę drobinek które są irytujące i ja ich nie lubię, ale to dopiero początek.


Producent twierdzi, że nadaje się on pod makijaż. Ja natomiast twierdzę, że absolutnie nie, ponieważ podczas nakładania podkładu roluje się, żaden inny krem tak się nie zachowywał.

Najgorsze w tym kremie było jednak to, że miał lekko różowe zabarwienie...niestety po pewnym czasie okazało się, że okropnie zafarbował na czerwono gumowe noski moich okularów. Bardzo mnie to zdenerwowało, bo okulary tanie nie były, na szczęście po jakimś czasie udało się to zmyć.

wieczko z resztką kremu, widać błysk i lekko różowe zabarwienie

Te trzy wady dyskwalifikują ten krem w moich oczach, ponadto spowodowały, że wszystkie kremy tej firmy traktuję podejrzliwie i od tego czasu nie kupiłam żadnego kremu do twarzy z Lirene. Ten który opisuję do smarowania twarzy wykorzystałam tylko w połowie, reszta stała się kremem do stóp.

A czy Wy trafiliście na jakiś kremowy bubel?