o korektorach słów kilka


Dziś podzielę się z Wami moimi przemyśleniami nt.korektorów. Nie potrafię policzyć ile ich zużyłam, a był to chyba pierwszy kosmetyk kolorowy jaki miałam. Były i sztyfty z Avonu, i ołówki z Avene, i wiele innych. Na zdjęciu widzicie co posiadam aktualnie.


Od razu zaznaczam, że pomijam tu dział korektorów pod oczy, bo to inna bajka.

Może istotne jest też to, że mam cerę mieszaną w kierunku do tłustej.

W temacie korektorów na niedoskonałości nasuwa mi się jeden wniosek - im bardziej gęsty/suchy tym lepiej. Jeżeli słyszę, że coś jest równie świetne pod oczy jak i na niedoskonałości to wiem, że tak naprawdę nie poradzi sobie z niedoskonałościami, bo ma za lekką konsystencję, albo spłynie, albo nie da rady nic zakryć. A więc stare powiedzenie, że jak coś jest do wszystkiego to jest do niczego sprawdza się tu w 100%.

Teraz omówię korektory, które widzicie na zdjęciu. Pozwolę sobie ułożyć je od najgorszego do najlepszego.

INGLOT W SŁOICZKU
Ma konsystencję dość rzadką, prawie jak krem. Uwielbia spływać, świetnie ściera się już w trakcie pudrowania przy pomocy pędzla. Zachwalała go koleżanka mojej mamy, powinnam to uznać jako ostrzeżenie, bo na chłopski rozum coś co jest dobre dla pani w średnim wieku nie koniecznie będzie dobre, dla młodej skóry mieszanej. Ponadto owa pani powiedziała też, że jest świetny pod oczy. No cóż nie posłuchałam dwóch ostrzeżeń to mam za swoje.
Przestałam go używać licząc na to, że przeschnie, ale niestety dobrze się trzyma i nie ma zamiaru wysychać.
Dodatkowo to, że jest on w słoiczku zmusza nas do nakładania go pędzelkiem. Sam słoiczek też nie jest za piękny, bo wykonany z plastiku, ale powiedzmy, że opakowania mają dla mnie małe znaczenie.
Reasumując moim zdaniem beznadziejny.

VICHY DERMABLEND
Jego sława niesie się szerokim echem po całym internecie, no więc poszukując korektora idealnego kupiłam. Wydatek nie mały, bo cena w zależności od apteki oscyluje koło 100zł. Producent na opakowaniu/ulotce opisuje milion zastosowań, że i jako korektor, i jako podkład, że można aplikować i palcem, i pędzlem, i wprost ze sztyftu, a pani w aptece zachwalała, że nawet pod oczy można. I co? I po raz kolejny cud do wszystkiego jest do niczego.
Jest on w sztyfcie i ja generalnie na temat sztyftów mam takie obserwacje, że są zbyt tłuste. Ten również. Nawet jeśli w opakowaniu na to nie wyglądają to na twarzy się podgrzewają i spływają.
Jeśli chodzi o krycie to miał być super hiper, a jest przeciętny. Przy aplikacji wymaga sporo zabawy, żeby coś nim zakryć. Pani w aptece poleciła nabierać ze sztyftu na palec robiąc palcem kilka kółek na sztyfcie i potem to z palca na twarz, ale wtedy krycie jest mniejsze niż przy nakładaniu prosto ze sztyftu na twarz. Jednak zarówno sztyft sam w sobie jak i palec są dość duże więc ciężko nałożyć go punktowo.
Ponadto należy uważać przy pudrowaniu bo również lubi się ścierać.
W ciągu dnia wymaga przynajmniej jednej poprawki.
Niech nikogo nie zmyli to, że jest on z apteki, ponieważ wg mnie absolutnie nie pomaga on w gojeniu się wyprysków.
Mam go jeszcze dużo i ponieważ był drogi to nie wyrzucę tylko zużyję, ale na pewno nigdy więcej nie kupię.

INGLOT W OŁÓWKU
Miałam ich chyba 5 lub więcej...ciężko powiedzieć. Przystępny cenowo. Wymaga grubej temperówki, ale to jednorazowa inwestycja. Przez to że to ołówek, a nie sztyft wykręcany to ma bardziej suchą konsystencję. Aplikacja jest bezproblemowa nawet w podróży, bo nie brudzimy się po łokcie i nie potrzebujemy pędzli. Nie spływa, ale niestety w ciągu dnia się ściera i wymaga poprawek. Krycie ma średnie, dlatego ciągle szukam czegoś lepszego.
Opakowanie średniej jakości, lubią odpadać te czarne końcówki z tyłu, a także jeśli kilka razy spadnie to później przy temperowaniu dużo się marnuje bo wkład popękał i wypada większy kawałek (tak jak przy zwykłych kredkach ołówkowych).

INGLOT W TUBCE
Są bardzo mocno kryjące, wydajne i przystępne cenowo. Wymagany pędzelek ponieważ najpierw wyciskamy trochę na rękę, a z niej pędzelkiem na twarz. Ma bardzo gęstą konsystencję i dobrze trzyma się twarzy. Nie nadaje się pod oczy.
Jak na razie mój hit, nie używam tylko dlatego, że jest za ciemny, a jaśniejszy kupiłam ten z Vichy który muszę zmordować.
Dlaczego mam też zielony? Bo to jest sekret ukrywania czerwonych rzeczy na twarzy. Najpierw nakładamy kolor zielony, lekko rozcieramy, a później beżowy i gotowe:)  Tak, nie można zapomnieć o beżowym korektorze, bo zielony pozostawiony sam, będzie rzucał się w oczy lub wybieli to miejsce.
A więc lepszego jak na razie nie znalazłam, ale poszukiwania wciąż trwają.

A jakie są Wasze doświadczenia w tym temacie? Czy macie jakiegoś ulubieńca którego możecie polecić?